Saly Lust
TRA LA LANS - Niedokończony felieton

- Co ty. Nie chcę żadnych fotografii w gazetach, ani prywatności swojej.
- A ja to stwierdziłam, że jak tak nie zrobisz, to do końca życia będziesz siedzieć w biurze.
- Hmm - westchnęłam. Nie pamiętam co powiedziałyśmy sobie dalej, może nic sobie nie powiedziałyśmy, może zamyśliłyśmy się nad przyszłą drogą zawodową?
Tak. Obydwie marzymy o karierze. Kariera w moim (nie wiem czy w A. tak do końca) rozumieniu oznacza tyle co móc zarabiać pieniądze na tym co się lubi robić. A. lubi pisać, ja lubię "różne rzeczy robić", ale obie zarabiamy nie tak, jak byśmy sobie tego życzyły. Obie jesteśmy pracowite. Obowiązkowe w pewnym sensie. Zdolne do pracy. Nawet potrafimy się w nią emocjonalnie zakręcić. Ale wciąż nie robimy tego co chciałybyśmy robić, żeby mieć z tego pieniądze. Jakiekolwiek.
Z wieloma osobami rozmawiałam na ten temat: naszym największym problemem, z którym nie potrafimy sobie poradzić, jest zarabiać na życie tym, co lubimy robić. Na godne życie.
Wydaje się, że w dzisiejszych czasach właśnie to jest najtrudniejsze do osiągnięcia i człowiek, który robi to co lubi robić, jednocześnie całkiem wygodnie sobie z tego żyje, jest uczciwy i nie musi rolować ludzi (roluje tylko fiskus - wedle litery prawa - a wiadomo, ze fiskus to kurwa a kurwy nigdy nie żal), jest prawdziwym wyjątkiem.
Z kim nie rozmawiam to właśnie ten ma problem. I tu wchodzi moim zdaniem sprawa lansu.
Ostatnio o lansie było wiele, wiem, dużo się o tym mówiło, osoby znane i sławne wypowiadały się na ten temat, owszem, czytałam prasę regularnie, uczestniczyłam w rozmowach na temat. Wiem, nie odkrywam rudy rzadkiego metalu kolorowego.
Jakoś nie za bardzo mnie obchodzi co myślą o mnie inni. Jakoś za bardzo się tym nie przejmuję, staram się nie szkodzić innym ludziom, nie jestem złośliwa, zła, namolna staram się też nie być, pomagam, gdy tylko mogę i nie wymaga to ode mnie zbytniego wysiłku, gdyż nie czarujmy się jestem też leniwa, ale generalnie jestem obywatelką pro. Segreguję śmieci i pomagam niewidomym wsiąść do tramwaju. Jakoś za bardzo mi się nie chce lubić tych, co trzeba lubić i nie chce mi się też nie lubić tych co trzeba nie lubić. Sorry, ale zbyt mam dobre serce. U siebie w biurze zawsze lubię tych, których już nikt nie lubi. Tak mi ich szkoda.
Bo wiem - chodzi o to, jak to zrobić, żeby się nie musieć lansować. Lans jest chujowy, upierdliwy, jak wrzód na dupie, jak kurwa ząb z niewykrytym zgorzelem.
Bo czyż lans nie polega na braku umiejętności sprzedania w inny sposób swojej kreacji? Czy trzeba poniżenia opowiadania o kolorze pościeli, w której pierwszy raz spałaś ze swoim obecnym narzeczonym, który jest znanym anym, a twoja przyjaciółka, znana ana, zesrała się ostatnio strasznie śmierdząco. Czy nie jest tak, że to co środowiskowe, przedostając się na zewnątrz jest kwasem skwaśniałej śmietanki?

Nam niewylansowanym (biorąc pod uwagę tę definicję lansu, która brzmi: robić to co się lubi i mieć z tego na godne życie, bez konieczności świecenia twarzą i wypowiadania opinii) nie jest łatwo. Tak, nas, tych co im się wydaje, że mają coś do powiedzenia innym jest sporo. A miejsca dla nas nie tak wiele, więc się przepychamy. Niektórzy wcześniej gubią godność, niektórzy później. Niektórzy nazywają to po prostu "pracą". Ale właśnie, do jakiego momentu jest to praca, a gdzie zaczyna się podawanie swojej prywatności byle jak, byle szybko, byle to była prywatność. Byle inni szybko wiedzieli z kim śpię i co jem. Do jakiego momentu wypowiada się swoje prawdziwe opinie, sądy i myśli, a kiedy już tego zrobić nie należy i trzeba być dyplomatycznym niczym porządny polityk (tak wiem, to oksymoron raczej).

Pozdrawiam
Salcie



powrót

© 2004 Mleko dosładzane przez Barmleczny.com