Halina Kokosz
Chyba się chciałam zakochać

Wiedząc, że to tylko jej wyobraźnia, nadal nią żyła. Nadal zachowywała się tak, jakby świat rzeczywisty, dostrzegany przez innych ludzi i świat jej wyobraźni były jednym światem. Dopiero wtedy czuła się dobrze. Chodziła ulicami Warszawy i gdy trafiała na jakieś puste miejsce wyobrażała sobie na przykład, że jest w Ameryce Południowej, w jakimś wyludnionym miasteczku, bo z jakiegoś powodu wszyscy ludzie gdzieś sobie poszli. To piękna ulica - myślała idąc Aleją Szucha - zupełnie jak w Argentynie na przykład. Nigdy nie była w Argentynie, ale tak sobie ją widać wyobrażała. Czytała kiedyś książkę Sabato "Tunel" i ta ulica tak wyglądała, jak miasto w tej książce. Ale już nie pamiętała, co to było za miasto.

Janusz, cóż, był w jakiejś części jej głowy, ale ta część nie była aktywna non-stop. Czasami się wyłączała i dawała jej trochę spokoju, trochę swobody. Trochę głębokiego oddechu, bo gdy myślała o nim to jej oddech stawał się przyspieszony, tętno również, serce też biło szybciej i już nie można było się skupić na niczym. Dlaczego do cholery jasnej to on się we mnie tak nie zakochał, dlaczego to znowu ja sobie nabzdurzyłam w głowie i nie mam spokoju. Chociaż myśli o nim nie są niemiłe, to jednak rozpraszające.

Ten pies w butach to dobry znak. Jak taki pies bardzo rasowy i bardzo piękny, ma na nogach takie drogie buty i mimo poranionych łapek podskakuje jak zajączek, to chyba nie ma się o co martwić. A że nie szczeka to dobrze, nigdy nie lubiłam szczekających i hałasujących psów.

- Weroniko jestem zaskoczony. Dlaczego stoisz na głowie? - spytał ją Marcin. Zawsze spokojny, nigdy się niczemu nie dziwił, totalna akceptacja jej słów i zachowań.
- Nie wiem, naprawdę. W pewnym momencie naszej rozmowy pomyślałam, że muszę stanąć na głowie tutaj w tym kącie, i stanęłam po prostu. Ot co. Tylko nie analizuj teraz mojego stania na głowie.
- A co chcesz wszystko zobaczyć tak jak twoim zdaniem widzą inni?
- Tak! Kurwa masz rację. Moim zdaniem Ci wszyscy ludzie, których nie za bardzo lubię z powodów takich, że nie myślą o umieraniu jak należy, powariowali. Oni patrzą na świat stojąc na głowie i chyba chcę zobaczyć jak oni to widzą. Ja chyba powinnam tak chodzić po ulicach, może wtedy zrozumiałabym tych ludzi.
- A dlaczego uważasz, że nie myślą o śmierci jak należy?
- Ależ to zabrzmiało psychoanalitycznie. - zaśmiała się ona. - Ja rozumiem ty pracujesz, ale bez przesady mój drogi. Dlatego, - zaczęła mówić naśladując małą dziewczynkę z przedszkola - że oni tylko gromadzą zera na koncie, a jak umrze taki jeden z drugim to sobie te zera będzie mógł w dupę wsadzić. Przyspieszy to jego zgon i tak się zera przysłużą ludzkości. Wiesz co, nie chce mi się na razie gadać, spodobała mi się nowa perspektywa. Idę do domu.
I wyszła. Na rękach. Gdy dojechała do domu poczuła, że jest w odmienionym stanie świadomości. Chyba mi się bardzo mocno dokrwił i dotlenił mózg.

Znowu przedstawienie? Nie, to nie teatrzyk tym razem. Tym razem wszystko jest w porządku. Co prawda zarodek jest bardzo niezidentyfikowany, nie wiadomo, co się dzisiaj urodzi.

Idą Weronika z Januszem wyludnionymi uliczkami miasta argentyńskiego. Wygląda ono tak, jakby wszyscy ludzie uciekli gdzieś w popłochu, ale to tylko sjesta. Wszyscy gdzieś śpią, nikogo na ulicach. Oni jeszcze nie przyzwyczajeni do tego zwyczaju spacerują ocienioną stroną ulicy. Idąc, prawie skradają się, jakby popełniali jakieś przestępstwo.
- Janusz - szepce ona do niego, bo wydaje jej się, że normalne słowa wszyscy usłyszą - zobacz, tutaj są otwarte drzwi do jakiegoś urzędu, chodź tam wejdziemy.
- Dobrze. - odpowiada on, również szepcząc.
Gmach jest wysoki, murowany. Drzwi są tak ogromne, że mają chyba ponad trzy metry wysokości. Gdy wchodzą, zatrzaskują się za nimi skrzypiąc, a im wydaje się, że to jakiś wystrzał armaty, tak to zabrzmiało w tej wszechogarniającej ciszy. Przed nimi stoi pies w butach, dokładnie takich jak ten wcześniejszy pies w butach a w zębach trzyma kartkę z wyklejonymi literkami: "Janusz kocham Cię".
- Jezu! Co to zwierze tu robi? - szepce ona starając się nie poruszać.
- Skąd mam wiedzieć? Jestem tu przecież pierwszy raz, tak jak ty.
- Dzień dobry państwu - powiedział do nich pies - witam w kinie Esperanza. Dzisiaj pokazujemy pojechane filmy różnych artystów z całego świata, nie chce mi się wymieniać ich nazwisk. Podzielone są one tematycznie (arbitralnie dobierałem sam kategorie) i możecie zobaczyć zestaw: postmodernistyczny, problematyczny, pragmatyczny, powinnościowy, egzystencjalny, fenomenologiczny, naturalno-taoistyczny i humanistyczny. Pokaz każdego z zestawów trwa godzinę, a bilet kosztuje ą0. Wchodzicie?
- Janusz ratunku ten pies gada, czy mi się tylko wydaje. Co ty mi dałeś do palenia?
- Nie wiem co to było, miejscowi mnie poczęstowali, ale ja też słyszę, że ten pies gada.
- No jak, decydujecie się? Pokaz będzie tylko dla was bo reszta chyba śpi, chyba że się jeszcze ktoś przyplącze. W czasie sjesty łazić po ulicach! Co za pomysł. W czasie sjesty to powinniście leżeć w łóżku i uprawiać seks czy tam miłość, jak to się teraz mówi. No, ale jak już tu przyszliście, to wam wyświetlę jakiś zestaw. Sale są klimatyzowane naturalnie, w tym kamieniu zawsze jest chłodno, w miejsce foteli kinowych występują u nas dwuosobowe sofy. To jak, który zestaw wybieracie?
- A który byś nam polecił? - spytała Weronika z nadzieją, że pies zniknie, albo zacznie szczekać, jak normalny pies.
- Naturalno-taoistyczny. Ładna muzyka.
- Dobrze. - powiedział Janusz - poprosimy w takim razie dwa bilety na ten zestaw.

Janusz no przecież obiecałeś, że mi przyślesz ten film, który tak bardzo chciałam zobaczyć. O oszalałym świecie. świat oszalał naprawdę i cieszę się, że ktoś jeszcze oprócz mnie to widzi. Naprawdę mi zależy, a ty tak sobie to olewasz.

Mamusiu dlaczego dałaś mi życie, a potem nie powiedziałaś jak się go używa?

- Co tak zamilkłaś? - spytał
- A tak sobie. Myślę.
- O czym?
- O czerwonym kapeluszu w białe kropki. Zupełnie nie wiem dlaczego.
- Weronika, ciągle wprowadzasz jakieś nowe elementy, powoli się w nich gubię.
- Jakie ja wprowadzam elementy, przecież nic nie robię. To się tak dzieje po prostu.
- Dzieje się? Pies w butach, który gada. Kartka od porywaczy.
- Janusz to ja zrobiłam tę kartkę, ale nie tutaj tylko w Warszawie i pół roku temu. Skąd mam wiedzieć skąd się wzięła w gębie tego psa.
- To ty zrobiłaś tę kartkę?
- Tak, ja.
- To ty już wtedy?
- Tak. Takie dziwne?
- No dziwne. Bo ja też.

Ale ze sobą gadają. Kompletnie nie wiedzą jak złapać ze sobą kontakt. Jak to by wyglądało rzeczywiście? Też tak? To chyba nie ma co toczyć dalej tej historii.

Gdyby tylko niemożliwe stało się możliwym. Jak ja usnę taka trzeźwa i zupełnie sama?

Tak mi się wydaje, że Weronika to chyba nie wie, nigdy tego nie doświadczyła, albo nie chciała tego zauważyć, że mężczyzna może ją kochać. Cały czas tak się zachowuje w stosunku do Janusza, jakby to tylko ona chciała z nim być, a on z nią nie. A przecież tak nie jest. Przecież widać, że ten chłopiec jeszcze, a może już młody mężczyzna zakochał się w niej i jest nią zafascynowany. Ona nie wierzy. Cały czas zachowuje się sztucznie, chociaż już dużo lepiej niż kiedyś.
Siedzi sama w domu, po kilku godzinach intensywnej nauki i po kilku dniach gości, gdy dzwoni telefon.
- Halo? - podnosi słuchawkę.
- Dzień dobry. Mówi Janusz M. Czy mógłbym rozmawiać z Weroniką?
- Tu Weronika. Cześć Janusz.
- Cześć. Co u Ciebie słychać?
- Dobrze. Jutro mam ostatni egzamin w tej sesji, a dwa już zdałam. A co u Ciebie?
- Dobrze wszystko. Powiedziałaś, że mogę dzwonić, gdybym miał jakieś pytania, to dzwonię. Zobacz na mój horoskop i powiedz czy widać coś szczególnego teraz.
- Dobrze. - po pewnym czasie mówi - Widać, że możesz mieć kłopoty w związkach, albo rozstanie, albo nowa miłość, albo konieczność zobowiązań. Możliwe też kłopoty, ale i szanse w partnerstwie zawodowym.
- Skąd wiedziałaś? Kurde, chyba jednak w tym coś jest.
- Trochę jest, mówiłam ci. - Weronika jest zadowolona, wiedziała, że kiedyś on wreszcie zadzwoni, czuje się teraz jak prawdziwa czarownica. - Ale co, prawda?
- Tak. Bo rozstałem się z Justyną i śniłaś mi się.
- Śniłam Ci się? Jak?
- Byliśmy w Argentynie i spotkaliśmy gadającego psa.
- O Boże! - Ja zwariuję, oszaleję, albo coś jeszcze innego mi się stanie. To jest niemożliwe, że to o czym ja myślę i marzę staje się prawdą. Cholera jasna, czy to jest możliwe, żeby rzeczywistość tak się realizowała? - To strasznie dziwne, co do mnie mówisz, bo mi też się coś takiego śniło.
- O rany. To może porozmawiamy jak przyjadę, bo mam do Ciebie prośbę. Mam nagraną pracę w Warszawie i chętnie bym u Ciebie przenocował. Będzie to możliwe?
- Tak no pewnie. A kiedy?
- Jutro.
- Dobrze, przyjeżdżaj.
- Do zobaczenia.
- Do jutra. - odpowiada ona odkładając huśtawkę, tfu słuchawkę.

Narrator popełnił pomyłkę słowną. Co to może znaczyć? Wierzycie w tę rozmowę? Wierzycie, że on naprawdę miał taki sen, zadzwonił do niej i powiedział, że przyjeżdża? Ja nie wierzę w to sam, chociaż prawie to widziałem. Trochę mi jej żal, że żyje takimi marzeniami, a w rzeczywistości to się nie dzieje. Naprawdę, patrzę na nią z ogromną czułością i gdybym tylko mógł coś zrobić, aby jej pomóc, na pewno bym to zrobił. Ona się biedna rozpłakała teraz. Nawet sobie nie wyobrażacie jak żałośnie wygląda.

To wszystko bzdury, co się mówi o tym, że rozwiązanie każdego mojego problemu leży we mnie. Jak mam rozwiązać problem tego, że tak bardzo go potrzebuję, tak bardzo się w niego zapatrzyłam, a jego cały czas nie ma przy mnie? Jak mam go rozwiązać SAMA? Przecież widać bardzo wyraźnie, że potrzebuję miłości drugiego człowieka. Potrzebuję, żeby mnie zauważył. Potrzebuję, żeby tu był. I jak mam to zrobić?

Pajączku, gdzie ty wędrujesz po podłodze? Przecież wiesz mój drogi, że zimą niczego raczej nie złapiesz w swoje sieci, bo wszystkie muchy i komary powymierały. Pająki powinny chyba zapadać w zimowy sen. Weronika siedzi i płacze i nie widzi wcale, że pająk idzie w kierunku jej łóżka. A pająk pomimo swej fizycznej słabości należy do najpotężniejszych stworzeń mitycznych i symbolicznych. Plecie nić życia ze swojego ciała, wiąże z czasem i przeznaczeniem. Przynosi majątek i bogactwo. Może powinien Weronice powiedzieć, żeby przestała marzyć, a zrobiła coś konstruktywnego z tą swoją miłością do Janusza?

Dzwonek u drzwi. Weronika spoglądając przez wizjer otwiera.
- Cześć. - mówi do Janusza, wiecie w taki szczególny sposób, którego używają osoby, które mają między sobą jakąś tajemnicę. Coś ich wiąże.
- Cześć. - Janusz wchodzi do mieszkania i całuje ją w policzek. Ona jest zdenerwowana i on też. - Ostatnim razem miałaś grzywkę. Bardzo ładnie wyglądasz z odsłoniętym czołem.
- Dzięki. Ja też tak wolę.
Rany, ależ oni są zmieszani!
- Rozpłaszcz się, wejdź do pokoju. Zrobić Ci coś do picia?
- Tak. Mogę prosić kawę?
- Pewnie.
Inaczej go sobie zapamiętałam.
Dalej jest tak jak się możecie domyślać. On się rozpakowuje, ona robi tę kawę, przynosi do pokoju, itd. Nieważne. W filmie by to pewnie było, albo by wycięli - normalnie. Taki tam nieważny kawałek. Co to znaczy, że wszystko co robię, jest nieprzypadkowe i podświadomie motywowane. Jak ja sobie podświadomie motywuję to, że robię teraz dla niego kawę?
Weronika chociaż to dobre, nie gada wcale. Po co gadać. On przyjeżdża do niej w końcu, w końcu to on się ma w niej zakochać, to co ona będzie tutaj pokrywać trudne milczenie. Dobrze, że dziewczyna milczy. Jeszcze coś głupiego powie.

- Weronika? - mówi on.
- Tak?
- Pójdziesz ze mną na pokaz, który mam robić w Lizobo?
- Tak, Pewnie.
- A jutro, będę mógł Cię trochę pofilmować? Mam pomysł na wideo.
- Tak.

Bez sensu, prawda? Strasznie trudno jest zobaczyć w jakichś szczegółach, co się będzie następnie działo. Takie szczególiki, które czasami mają znaczenie, a czasami nie. Tutaj powinny mieć, ale znaczenie gdzieś ucieka. Może na tym polega postmodernizm właśnie? Że znaczenie ucieka. I wartość. Są inne teraz. Trzeba ich gdzieś szukać i znajdować. Konieczność przestawienia się na szukanie innych znaczeń, albo gdzie indziej tych znaczeń. Kiedy wreszcie ktoś wymyśli coś innego jako podstawę niż miłość? Kiedy ktoś to wreszcie odkryje? Bo miłość i śmierć to wiadomo. Ale co jeszcze?

- Weronika, czemu ty tak dziwnie chodzisz? - spytał Janusz, gdy szli na spacer po pięknej nasłonecznionej alei.
- Jak dziwnie?
- Głowę cholernie wysoko trzymasz.
- Trzymam wysoko, bo chcę więcej głasków słońca zdobyć. Jak ją podnoszę to większa część twarzy je dostaje. A poza tym jestem przecież taka świetna, że powinnam swoją głowę tak zawsze nosić - jak światło. (To z Gombrowicza wziąłem)

Pogubiona chodzę po domu i nie mogę o sobie zapomnieć. Szukam dla siebie definicji, określenia - nie wiadomo po co. Chcę gdzieś przynależeć, jakaś być. Ciągle tylko ja i ja i ja i zwracanie uwagi na to, co teraz robię, co czuję, dlaczego tak czuję, dlaczego smutek, dlaczego chęci złe znowu. Dlaczego? Co się stało. Zapomnieć o sobie chciałabym. Tak bardzo.

Tak, tak, mogłabym napisać historię miłosną na podstawie tego, co już było kiedyś. Coś było między mną a mężczyzną - nadaję mu nowe imię i jazda! Ale one wszystkie już ze mnie zeszły te historie. Już je tysiące razy przepłakałam, przemieliłam i są puste. Ja z nimi jestem pusta. Uwolniłam się?
Stoją puste naczynka moich miłości, z których wyparowały już wszystkie soki i teraz tylko osad w nich przypomina mi o tym, że tam coś kiedyś było. Mogę nalać tam wody, ale wtedy to będą tylko popłuczyny, a popłuczyn nikt przecież nie lubi spożywać.

Pierdoły, to wszystko zmyślone pierdoły pisane po to, żeby trochę mniej szaro było w zimowym świecie. Bo to wszystko działo się od jesieni do początku wiosny. Dokładnie trzeciego dnia wiosny Weronika spotkała go wreszcie, po tak długim czasie niewidzenia. Dobre duchy sprawiły, że szli w tym samym czasie po jednej ulicy, jedynie w przeciwne strony. Rozmowa była krótka i konkretna. Chociaż może rozmowa nie była tu najważniejsza a coś między słowami. Nie rzucił jej się na szyję, nie zmienił kierunku, żeby iść w tym samym co ona, ona nie zmieniła, żeby pójść tam gdzie on. Ewidentnie się minęli. Wszystko stało się jasne, nie było już żadnych niedopowiedzeń.



powrót

© 2004 Mleko dosładzane przez Barmleczny.com