|
Pfitz Magenton II - O psie, który śmierdział koleją
Pfitz Magenton był Amerykaninem mieszkającym w Warszawie. Wracał autobusem
z pracy. Zmęczenie odebrało mu resztkę humoru, więc w tłoku słuchał
rozmowy dwóch pań dobiegających jesieni życia.
- Mój pies śmierdzi koleją, wiesz? - spytała się jedna pani drugiej
kiedy rozmowa zeszła z tematu dzieci na odpoczynek.
- Jak to, koleją? Koleją?
- Ja nie wiem co się mu dzieje, byłam u lekarza, ale on nic nie poradził,
po prostu stwierdził, że ten pies tak ma, że on tak musi.
- Ale on, ucieka i jeździ koleją? Co ty myślisz?
- Nie! Siedzi cały dzień na kanapie, ostatnio mu się tak zrobiło, koszmarnie
śmierdzi koleją, coś nie do zniesienia.
Pfitz
czuł jak ręka zaciska mu się na walizeczce, w której zawsze - na wszelki
wypadek - nosi broń. Autobus był pełen ludzi, więc nie mógł tak po prostu
zastrzelić obydwu dam zbliżających się do jesieni swojego życia, ale
mózg Pfitza - oddalonego przecież setki kilometrów od ojczyzny wydzielał
dziwne substancje. Przy okazji zauważył, że więcej osób przysłuchuje
się tej rozmowie.
Właścicielka psa opowiadała dalej:
- Moja córka twierdzi, że pies się starzeje i jego kości chcą by ruszył
w podróż. Jak ona to nazywa? Afirmacja? Nie pamiętam, coś tam - afirmacja.
Ale przecież pies nie może tak po prostu jechać w podróż, jest za stary,
poza tym nie ma pieniędzy. - Zawsze wszystko spada na ciebie, moja droga.
Daj spokój, może powinnaś go częściej wyprowadzać, może musisz go przewietrzyć.
- Tak myślisz? Nie wiem, człowiek sam głupieje jak mu się takie rzeczy
przytrafiają, wiesz, to nie jest ospa, prawda? Tylko proszę cię, nie
mów o tym nikomu.
Pasażerowie dookoła powstrzymywali uśmiechy, nie mogli się doczekać,
żeby posłać tą wiadomość dalej: w końcu pies, który śmierdział koleją.
Pfitz spoważniał - był sztywny, spięty - przyciskał walizkę z bronią
do piersi i patrzył się nieruchomo w punkt na plecach jednej z pań.
Kiedy autobus zatrzymał się na Rondzie Waszyngtona po stronie parku,
kobiety wyszły i ruszyły w stronę ul. Francuskiej - Pfitz Magenton szedł
siedem metrów za nimi. Na światłach zbliżył się do celów i usłyszał
dalszy ciąg rozmowy:
- Wiesz, a mojej sąsiadce, Joli Kasprzak, nogi śmierdzą i też nie może
nad tym zapanować. W zasadzie, to ja nic tam nie czuję, a mieszkam obok,
ale ona mówi, że czasem cierpi, może to jakaś zła dieta?
Kiedy wszyscy przeszli przez skrzyżowanie i skręcili w stronę ul. Saskiej,
gdzie było znacznie mniej ludzi, Pfitz nie patyczkując się - jak przystało
na Amerykanina - wyciągnął broń i podbiegł z nią do kobiet.
- Przepraszam bardzo, przepraszam panie...
- Tak? Och Jej! Pan ma broń.
- Proszę pani - zwrócił się do właścicielki psa - nienawidzę, nienawidzę
psów, które śmierdzą koleją. Chcę go sprzątnąć.
- Ale co pan, nienormalny?
- Inaczej sprzątnę panią.
- Ale mnie nie trzeba sprzątania, pies jest jaki jest, niech nas pan
zostawi w spokoju. Nienormalny jakiś - bo zawołam policję.
- Ja nie zawaham się użyć - ostrzegał Pfitz Magenton, bo był świetnie
wychowany. - Proszę mnie prowadzić do psa.
- Panie, co pan...
Pfitz strzelił. Huk odbił się od bloku i od ściany drzew, ale zaraz
zniknął wśród jeżdżących w te i we wte samochodów. Kobieta, której sąsiadce
śmierdziały nogi leżała na wznak z dziurą w głowie.
- O boże - wyszeptała druga patrząc się w kałużę krwi
- Gdzie pani mieszka?
- Tutaj, za rogiem.
- To idziemy.
Wziął kobietę pod rękę i odciągnął od denatki w stronę, którą wcześniej
pokazała.
- Takie psy przyprawiają mnie o mdłości - Starał się tłumaczyć swoją
misję Pfitz - brzydzę się nimi, powinno się je usypiać jak tylko dzieje
się z nimi coś niedobrego. Chodzi mi o ten zapach, czy bardzo śmierdzi?
- Bardzo, trzymamy go w piwnicy. Mąż tłucze go codziennie, bo myśli,
że pies tak na złość śmierdzi, niech go pan sprzątnie, też mam go dosyć.
Pies siedzi tam - pokazała palcem, kiedy weszli na klatkę - Jak go pan
sprzątnie, niech pan wejdzie na górę, pod siedem, mój mąż też okropnie
śmierdzi, wie pan, jeszcze gorzej niż pies.
powrót
|